«

»

Raport z końca świata – Apokalipsa Z (Recenzja)

raport z konca swiataSpośród wszystkich strachów jakie dręczą naszą cywilizację, najpowszechniejszy jest chyba (celowo pomijam poniedziałkofobię) lęk przed końcem świata. Narasta on zwłaszcza w momentach dla ludzkości doniosłych, takich jak nastanie nowego tysiąclecia czy odcyfrowanie przepowiedni pozostawionej przez dawno nieistniejącą cywilizację. Różne są także wizje zagłady snute namiętnie i bez umiaru przez proroków, kaznodziejów oraz profesorów fizyki. W tym całym zamieszaniu wszyscy zgadzają się tylko co do tego, że najbardziej prawdopodobną przyczyną końca świata, będzie zombie apokalipsa.

Drogą tą podążył również Manel Loureiro – autor bestsellerowej trylogii pod tytułem Apokalipsa Z, której drugi tom ukazał się właśnie w Polsce.

Fabuła powieści przedstawia się mniej więcej tak: Oto w dalekim Dagestanie, na skutek zamachu terrorystycznego, zostaje uwolniony śmiertelnie niebezpieczny wirus, który zamienia ludzi w… i tak dalej, aż do nastania zombie apokalipsy. Byłby to właściwie, do bólu, nudny już schemat, gdyby nie to, że wydarzenia relacjonuje nam pewien hiszpański bloger, nie do końca wiedzący co się właściwie dzieje. Poważany prawnik z Galicii, prowadzący bloga jako formę psychoterapii po śmierci żony, nie zostaje bowiem od razu rzucony w sam środek zagłady, ale wiedzie w miarę normalne życie, równoległe do rozkręcającego się na wschodzie kryzysu. Problemami państw z krańców Europy interesuje się dość pobieżnie i jak każdy normalny człowiek zajmuje się raczej urządzeniem domu niż polityką. Priorytety zmieniają się jednak wraz z narastającą powszechnie psychozą…

Zastosowane przez autora rozwiązanie, polegające na relacjonowaniu wydarzeń przez everymana czerpiącego informacje głównie z internetu i telewizji, wydaje mi się, w tym przypadku, niezwykle udane. Umożliwia ono czytelnikom lepsze „wczucie się” w akcję powieści, która staje się dzięki temu, o dziwo, bardziej prawdopodobna. Przerażające jest zwłaszcza to jak szybko mało znaczące obrazki z wiadomości zaczynają mieć wpływ na najbliższe otoczenie. Drugi plus dla pana Loureiro (pierwszy był za zombie w ogóle).

Bohater Apokalipsy Z, pomimo początkowych problemów z zaakceptowaniem sytuacji w jakiej się znalazł, wyrusza w końcu w długą, niebezpieczną, pełną przygód i żywych trupów podróż do drugiego tomu. Towarzyszą mu w niej rudy kocur Lukullus, ukraiński pilot śmigłowca, siedemnastoletnia lolita, oraz … starawa już zakonnica (postacie wymienione w kolejności ukazywania się na kartach książki).

Tom drugi, noszący podtytuł Mroczne dni rozpoczyna się w chwili, gdy bohaterom udaje się przedostać na Wyspy kanaryjskie – ostatni bezpieczny bastion rodzaju ludzkiego. Na miejscu okazuje się, że głównym zajęciem przebywających tam szczęśliwców jest polityka i walka o władzę, co w rezultacie przysparza im więcej problemów niż sami nieumarli. Niebezpieczeństwo grożące ocalonym ze strony innych żywych to wątek chętnie eksploatowany w twórczości o tematyce zombie apokalipsy. Ba, dla niektóych fanów gatunku stanowi on wręcz esencję nurtu zombirycznego. Nie ucieka od niego i Loureiro. Na drodze bohaterów powieści stawia zatem postacie, których plany niekoniecznie pokrywają się ze zdroworozsądkowym podejściem naszych ulubieńców. Prowadzi to oczywiście do kolejnych zwrotów akcji przyprawiających co najmniej o nadciśnienie.

Mieszkańcy enklawy borykają się również z ciągłym niedoborem wszystkiego i zmuszeni są, raz za razem, podejmować samobójcze wyprawy na kontynet w celu uzupełnienia zapasów. Do takiej misji wyznaczona zostaje również męska część znanej nam już drużyny. Ciekawym jest, że od tego momentu autor karze śledzić na przemian losy harcowników wysłanych do Madrytu i pozostałych na wyspie kobiet. Żadna z grup na nudę nie narzeka i w związku z tym często dochodzi do sytuacji, w której narracja przerywana jest w tzw. „najciekawszym momencie” tylko po to, żeby podjąć wątek z poprzedniego rozdziału. Utrzymanie uwagi czytającego przychodzi, zatem dość łatwo.

Generalnie Apokalipsa Z należy do książek, które nie wiedzieć czemu, bez reszty pochłaniają czytelników. Pomimo, że powiela właściwie wszystko co znane już z innych dzieł popkultury traktujących o zombie, to podczas czytania nie będziecie raczej ziewać. Luoreiro posiadł rzadką sztukę, dzięki której jest w stanie uwiązać do fotela najostrzejszych krytyków, chociaż oni sami nie będą umieli tego zjawiska wyjaśnić. Ja wiem, że do wielu rzeczy można się w powieści przyczepić. A to wtórność, a to nieprawdopodobne zbiegi okoliczności ratujące bohaterów, to znów postacie jakieś takie mało wyraziste i jeszcze…

Nie zmienia to jednak faktu, że oba tomy połyka się bez popijania i ciągle ma się jeszcze ochotę na więcej. Zatem jeśli szukacie czytadła lekkiego, bez pretensji do poszukiwania sensu życia, ale równocześnie nie prostackiego i mającego w sobie właśnie „tę” iskrę , o którą chodzi to śmiało sięgajcie po Apokalipsę. Jeśli natomiast zaczytujecie się po nocach dziełami Marcela Prousta to nie traćcie na lekturę czasu.

napisał:

Mr. Zombie

1 komentarz

  1. Alan

    Przeczytałem wszystkie trzy części i muszę przyznać, że Manel napisał niesamowitą książkę. Polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>